poland-2254978_640

„Zostawiłam tam kolorowe sny” – Warszawa jako moja niedokończona historia…

Parafrazując zdanie piosenki Czesława Niemena, chciałabym się dziś podzielić z Wami moją historią, która obecnie rozwija się już tylko w moim sercu i głowie, wciąż próbując realnie się odrodzić…

Dzieciństwo

               Mam na imię Kamila. Jak wiecie, jestem członkinią tego Projektu. Obecnie mam 31 lat. Kiedy się urodziłam, to swoje życie zaczęłam walką o nie w sensie biologicznym. Walka się udała, ale przez długi czas mój rozwój fizyczny nie był taki, jak zdrowych dzieci. Bardzo późno siedziałam (9 miesięcy), a jeszcze później chodziłam (ok. 3 lat). Mój stan zdrowia zaniepokoił rodzinę, i zaczęto szukać przyczyny mojego nieprawidłowego rozwijania się. Od początku właściwie przeszłam przez wiele gabinetów lekarskich, badań, opinii, diagnoz, pobytów szpitalnych. Jako siedmioletnie dziecko złamałam sobie kość udową, uderzając o betonowy parapet. W wyniku błędnego nastawienia złamania z przemieszczeniem w Szpitalu Powiatowym w Pszczynie, byłam operowana w innym ośrodku, gdzie chirurdzy zauważyli odmienną strukturę moich kości. Po zabiegu i zroście kości, w sanatorium dziecięcym w Goczałkowicach Zdroju, mój przypadek zaciekawił jedną z lekarek. Postanowiła skierować mnie do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie – Międzylesiu. I w ten sposób, mała siedmiolatka z jeszcze mniejszej wsi, powędrowała w świat…girl-1252739_640

Współczesna „Pyza na polskich dróżkach”, czyli zetknięcie się z „medycznym high life” i nie tylko.     

                Może dziś będzie to dla wielu dość śmiesznym, ale na ówczesne czasy pociąg Intercity dla dziecka z małej wioski był nie lada przygodą. Pierwszy pociąg z wagonem restauracyjnym. Pierwszy taki, w którym do ceny biletu był dołączony poczęstunek. Bułka z salami, ciastko z celofanu, owoce i herbatka w styropianowym kubeczku. W domu były tylko zwykłe szklanki😝 No i soczek, którym wyjątkowo można było się oblać, też był w pociągu😉 Dworzec Centralny – fajna sprawa, w końcu w podziemiach był MC Donald’s – niezdrowa restauracja. O pójście do niej zawsze trzeba było wykłócać się z dziadkiem 😊

                Centrum Zdrowia Dziecka dla moich rodziców – głównie mamy – równało się stres związany z badaniami.  Ja, będąc siedmioletnim dzieckiem, zajęłam się czymś innym. Przy wejściu do Budynku Rehabilitacji był kiosk z zabawkami. „U nas takich nie ma” – pomyślała mała dziewczynka, jaką wtedy byłam. I dostała paletę naklejek wraz z planszą edukacyjną. Na wielkiej auli ta sama mała dziewczynka siedziała przed medyczną widownią. Tuż za nią był wielki rzutnik ze zdjęciami rentgenowskimi i jakiś znany profesor omawiał je, a studenci notowali. I tam właśnie postawiono w końcu diagnozę: Wrodzona Łamliwość Kości.

                Wrodzona Łamliwość Kości, to jest do dziś determinant mojego życia. Wtedy stanowiła przepustkę do stolicy. Turnusy rehabilitacyjne to przecież, oprócz ćwiczeń, świetlica z puzzlami w kształcie serca – firmowy Disney. Biblioteka dziecięca, z książkami, o jakich w moim rejonie zamieszkania nikt nawet nie słyszał. Loteria z fantami w „Chatce Puchatka”, drewniana ciuchcia z wagonikami na placu zabaw i czekoladki po Mszy dla wszystkich dzieci. Budynek główny szpitala świecił w nocy, gdyż z zewnątrz wyglądał jak blok złożony z malutkich szybek. Helikopter, lądujący na dachu szpitala, przeszkadzał spać, ale to nic – można wtedy siedzieć z przyklejonymi oczami do okna Hotelu Matki i Dziecka (obecnie nie istnieje).

                W domu, owszem, było smaczne jedzonko, ale brązowy rondelek był używany tylko do podróży, i jak mama go wyciągała, to zawsze w Warszawie. Posiłki w Centrum Zdrowia Dziecka były na wysokim poziomie. Gulasz z papryką, do obiadu deserek – galaretka truskawkowa ze śmietaną i chrupki. Porannej kawy z mlekiem już nie odtworzyłyśmy z mamą w domu, choć bardzo się starałyśmy, gulaszy z papryką zrobiłyśmy całe setki, ale żaden nie był taki, jak tamten.

                Centrum Zdrowia Dziecka to moja przygoda. Taka, która trwała tylko do osiemnastego roku życia, i została przerwana. Obecnie jestem w rękach dobrych lekarzy i na co dzień mam ludzi, którzy mnie kochają, jednakże serce chyba utknęło w Warszawie. I nadal się pcha – niekoniecznie do Międzylesia, ale wciąż próbuje dostać się do centrum Warszawy i warszawskich teatrów.

                Stolica w przekonaniu mojej rodziny jest czymś nieosiągalnym. Warszawa to olbrzym z wysokimi cenami i mnóstwem zagrożeń – to też taki medialny polski „Nowy Jork” – Ej, dziewczynko, gdzie zmierzasz, przecież to nie dla Ciebie… warsaw-1743565_640

                Warszawa to moje Marzenie. Kraina, która ma najwięcej możliwości ze wszystkich innych. Mam obecnie świadomość, że życie w niej nie jest łatwe w związku z dużą konkurencją i ogromem ludzi, którzy się w niej znajdują.

                Warszawa jest moim wspomnieniem i nieuchwytną częścią mnie samej. Warszawa spogląda na mnie czarnymi oczami… Kiedyś się z nią spotkam! 😊

 

Dodaj komentarz