02-2

Nie dajmy się kształtować rzeczywistości tylko bądźmy jej kreatorem

Krzysztof Kwiatkowski, aktor

Stereotypy, schematy rodzą się szybko, a później funkcjonują na przestrzeni wielu lat. Chyba trudno znaleźć lekarstwo, które natychmiast zmieni sytuację, zniszczy stereotypy, wpłynie na ogólne postępowanie. Myślę, że najzwyklejsza, codzienna praca, systematyczne próby zmiany świadomości społeczeństwa (…) są w stanie przynieść wymierne rezultaty.

Jest Pan absolwentem PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Skąd pomysł na zdawanie właśnie tam? Czy aktorstwo to była Pana pasja, marzenie?

Jako nastolatek próbowałem swoich sił w różnych dziedzinach, które mnie interesowały. Trenowałem piłkę nożną w krakowskich klubach piłkarskich, startowałem w zawodach lekkoatletycznych, brałem udział w olimpiadach przedmiotowych na różnych etapach kształcenia, uczęszczałem do kółka teatralnego w szkole podstawowej, gimnazjum i szkole średniej. W wakacje zaś jeździłem na obozy żeglarskie oraz na warsztaty teatralne. Na podstawie tych wszystkich wojaży i doświadczeń odkryłem, że najbardziej pasjonują mnie teatr i aktorstwo, i to właśnie te dziedziny przynoszą mi najwięcej satysfakcji. Stwierdziłem więc, że spróbuję dostać się do szkoły teatralnej. Miałem też alternatywę w postaci innych, stacjonarnych studiów w Krakowie. Nieśmiało myślałem o dziennikarstwie lub historii sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jednak ta alternatywa nie była już potrzebna, ponieważ spełniłem swoje marzenia i dostałem się do PWST.

Często słyszy się, że studia aktorskie to duże wyzwanie. Na czym Pana zdaniem polega ich trudność? Z czym powinien się liczyć młody człowiek wybierający studia aktorskie?

Każdy świeżo upieczony student (inaczej „fuks” – to pseudonim nadawany w trakcie „fuksówki” czyli okresu, w którym studenci pierwszego roku przechodzą oficjalny chrzest) musi liczyć się z tym, że studia w szkole teatralnej maksymalnie absorbują
czas i siły. Zajęcia trwają od rana do późnego wieczora. Po zajęciach trzeba jeszcze poświęcić czas na próby i ćwiczenia, przez co spędza się w szkole często 12 godzin, a nawet więcej. Nie wszyscy wytrzymują taki tryb pracy, ale z drugiej strony jest to świetne przygotowanie do samego zawodu aktora, który bywa często jeszcze bardziej wymagający. Cztery i pół roku w szkole teatralnej doskonale weryfikuje wszystkie ambicje i marzenia, a do przedstawienia dyplomowego docierają zazwyczaj ci, którzy w stu procentach wiedzą, że to właśnie aktorstwo jest dla nich najważniejsze. Oczywiście, późniejsze losy absolwentów zależne są od wielu czynników: szczęścia, przypadku, talentu, pracowitości. Nie ma konkretnego przepisu na powodzenie. Studia aktorskie to długa, pasjonująca podróż, w czasie której trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie: czy to właśnie chcę robić, czy może lepiej próbować swoich sił gdzie indziej?

Jak Pan wspomina swój debiut na scenie? Czy była walka z tremą?… Jak sobie Pan z nią poradził?

Bardzo stopniowo zaznajamiałem się z tremą i występami w profesjonalnych przedsięwzięciach teatralnych dzięki temu, że będąc na drugim roku, znalazłem się w obsadzie spektaklu „Drugi upadek albo Godot, akt III”, gdzie w kilku scenach miałem wielki zaszczyt wystąpić u boku Jerzego Stuhra i Jerzego Treli; później zaś, już na trzecim roku, pojawiłem się w spektaklu „Sędziowie” Wyspiańskiego – dyplomie ówczesnego czwartego roku. Jednak własny debiut teatralny to wyjątkowa sytuacja i pamiętam, że mimo skromnego doświadczenia trema była ogromna. Do końca życia również zapamiętam pierwszą scenę „Nienasycenia” Witkacego, w którym debiutowałem. Rozpoczynałem spektakl zupełnie nagi, leżąc na deskach. Następnie rozpoczynałem kilkuminutową etiudę taneczną, oświetlony jedynie punktowym światłem. Początkowo bałem się reakcji publiczności, ale okazało się, że na każdym spektaklu, w tej właśnie scenie, cisza na widowni była przejmująca. Z każdym kolejnym przedstawieniem uczyłem się również tego, jak panować nad tremą. Na szczęście tego rodzaju stres nigdy mnie nie paraliżował – wręcz przeciwnie, dodawał mi dodatkowej energii i motywacji.

Gdyby miał Pan wybierać: kamera, czy scena, to na które by się Pan zdecydował? Czym różni się specyfika pracy? Gdzie czuje się Pan lepiej?

Nie ma dla mnie wielkiej różnicy pomiędzy kamerą, a sceną. W obu przypadkach najważniejsze są przecież emocje, które bohater przekazuje. Oczywiście, inne są środki wyrazu aktorskiego. Inaczej przecież gram, kiedy jestem na przykład na dużej scenie Teatru Polskiego w Warszawie, a inaczej, kiedy jestem filmowany w bardzo bliskim planie. Ważny jest wtedy nawet najmniejszy grymas lub tik. Nie potrafiłbym też wybrać definitywnie. Obydwie dziedziny są dla mnie jednakowo fascynujące. Ostatnio miałem też wielką przyjemność nagrywać słuchowisko dla Teatru Polskiego Radia i okazało się, że również to medium może był niezwykle interesujące, a także wymagające od aktora innych umiejętności oraz nowych środków wyrazu.

Co sztuka aktorska wnosi do Pana życia?

Wydaje mi się, że dzięki pracy, którą wykonuję, stałem się bardziej uważnym obserwatorem we wszystkich dziedzinach życia. Zwracam też bardzo dużą uwagę na szczegóły i niuanse, które często nie są wychwytywane przez osoby trudniące się w życiu innymi zajęciami. Zawsze ważne dla mnie było, aby to, co u danej postaci  ukryte jest gdzieś pod skórą i stanowi pewnego rodzaju tajemnicę, wyciągnąć na światło dzienne i pokazać, choćby na ułamek sekundy. Często dzięki temu portret takiego bohatera staje się – według mnie – o wiele ciekawszy. Diabeł przecież tkwi w umiejętnie dostrzeżonych szczegółach.

Ostatnio mogliśmy Pana oglądać w serialu „Na dobre i na złe” w roli Janka Stanisławskiego. Jest to serial medyczny; czy obcowanie z tematyką szpitalną wymaga więcej uwagi niż w przypadku innych ról?

Zdecydowanie. Wydaje mi się, że każda produkcja, w której bohaterami są ludzie z określonej grupy zawodowej (lekarze, policjanci, adwokaci, strażacy) to duże wyzwanie dla aktorów, którzy wcielają się w takie postaci. Przede wszystkim trzeba opanować fachową nomenklaturę, codzienne sposoby zachowania w określonych sytuacjach, ale również i przywary czy śmiesznostki, które są charakterystyczne dla każdej z profesji. Wymaga to poświęcenia większej ilości czasu i uwagi, aby przypadkiem nie popełnić błędu, który na ekranie zostanie szybko wyłapany przez każdego profesjonalistę.

Projekt Dzisiaj jest nasze!, to projekt charytatywny, mający na celu wsparcie osób niepełnosprawnych, które są narażone na wykluczenie społeczne… Naszym przesłaniem jest motywacja poprzez sztukę; wierzymy, że sztuka jest pewnego rodzaju formą terapii i sposobem „otwarcia się na świat” dla osób z dysfunkcjami ruchowymi. Co Pan sądzi o naszym projekcie? 

Uważam to za fantastyczny pomysł! Myślę, że kreatywność w sztuce, umiejętność tworzenia, budowania i wymyślania to najpiękniejsze rzeczy, którymi każdy z nas może się dzielić z innymi. I nie ważne jest to, czy jesteśmy pełnosprawni, czy niepełnosprawni. Wszyscy, na takich samych zasadach, możemy tworzyć nasz świat, ulepszać go i rozwijać. Dzięki temu mamy szansę na zmianę myślenia o osobach niepełnosprawnych, na przełamanie lęku i strachu, które często pojawiają się w relacjach z takimi właśnie osobami. Mówiąc prosto: aby uniknąć wykluczenia, warto „wyjść do ludzi” i dzielić się emocjami, uczuciami i nowymi pomysłami na tę szarą i skostniałą rzeczywistość.

Czy sztuka istotnie nie ma w sobie ograniczeń i jest dla każdego?

Absolutnie. Sztuka to przecież wyobraźnia, a ta nie ma żadnych granic. Każdy z nas pragnie wyrażać siebie na różne sposoby. Jeżeli dzięki temu powstają dzieła sztuki, to fantastycznie. Niektórzy wyrażają siebie poprzez sport, inni przez naukę, jeszcze inni przez zwykły kontakt z drugim człowiekiem. Każda inicjatywa dzielenia się swoim światem jest nieoceniona.

Czy osoba niepełnosprawna ma szansę zostać artystą?

Świat wielokrotnie udowadniał nam i wciąż udowadnia, że zdecydowanie tak. Wystarczy wspomnieć o niepełnosprawnych piosenkarzach, muzykach, plastykach, tancerzach oraz, co najważniejsze, o sportowcach. Na każdej paraolimpiadzie możemy zaobserwować osoby niepełnosprawne, które osiągają niewyobrażalne dla nikogo wcześniej wyniki, są wirtuozami swoich dyscyplin, czyli po prostu niepowtarzalnymi artystami i wielkimi profesjonalistami.

Jak zachęciłby Pan osobę niepełnosprawną do pokonania lęków i wyjścia do ludzi?

Warto w życiu ryzykować i zmieniać tyle rzeczy, ile tylko zdołamy. Oczywiście, początki zawsze są trudne, ale pierwszy krok zawsze nadaje nam kierunek i może stworzyć zupełnie nową, niespotykaną perspektywę. Może to być niewielki, mini-krok do przodu, ale potencjał, jaki niesie ze sobą, może być z kolei olbrzymi. Warto dać sobie szansę.

A jak walczyć ze stereotypem klosza? Izolowanie chorych, nadopiekuńczość, a potem, gdy zabraknie opiekunów nagłe zderzenie z rzeczywistością i zepchnięcie do grupy wykluczonych? Czy jesteśmy w stanie walczyć z takim postępowaniem?

Wydaje mi się, że „walka” nie jest tutaj najlepszym rozwiązaniem. Stereotypy, schematy rodzą się szybko, a później funkcjonują na przestrzeni wielu lat. Chyba trudno znaleźć lekarstwo, które natychmiast zmieni sytuację, zniszczy stereotypy, wpłynie na ogólne postępowanie. Myślę, że najzwyklejsza, codzienna praca, systematyczne próby zmiany świadomości społeczeństwa w kontekście osób niepełnosprawnych poprzez takie właśnie projekty jak Dzisiaj jest nasze! są w stanie przynieść wymierne rezultaty.

Czy chciałby Pan na koniec coś jeszcze powiedzieć naszym Czytelnikom?

Jerzy Stuhr zawsze powtarzał nam na zajęciach w szkole teatralnej: „Ważne, żeby się nie bać”. Myślę, że w tym prostym zdaniu zawarta jest interesująca prawda mówiąca o tym, abyśmy byli osobami, które kształtują rzeczywistość, a nie są przez tą rzeczywistość bezwolnie kształtowane.

Dodaj komentarz